środa, 1 maja 2013

Rozdział 4

Przed Wami rozdział 4!
Jestem ciekawa czy się Wam spodoba... ;)
Mam też pytanie... Bardzo bym chciała, żebyście mi na nie odpowiedzieli, bo wiem, że tu zaglądacie (w końcu ponad 600 wejść nie pojawiło się samo) :)
Zdaje sobie, że po czterech rozdziałach bardzo ciężko będzie Wam to ocenić, ale... KTÓRA Z DWÓCH BOHATEREK PODOBA WAM SIĘ BARDZIEJ?
TIFFANY CZY MOŻE ELIZABETH?


Rozdział 4
(Elizabeth Jenson)



            To było straszne. Czułam to. Całą sobą. W jednej chwili cały świat runął… dosłownie, posypał się i znikł. Nie było nic, tylko bezkresna otchłań. Żadnego światła. Żadnego szczęścia… NIC.
            Usiadłam powoli. Nie wiem jak utrzymywałam się w tej bezkresnej pustce. Przyciągnęłam do siebie kolana, objęłam je powoli rękami. Bujając się w tył i przód, zaczęłam cicho łkać. Ból psychiczny był nie do wytrzymania. Ale i fizyczny co jakiś czas dawał o sobie znaki. Moje ciało przeszywały ciarki, miałam wrażenie, że w jednej chwili miliony szpilek wbija się w moje ciało.
            Za każdym razem, gdy to czułam krzyczałam jak opętana, ale nie zmieniałam swojej pozycji.
            Nagle gdzieś w oddali pojawiło się światło. Tak rażące, że aż musiałam zasłonić oczy. Z każdą chwilą, gdy się zbliżało ja miałam ochotę się zabić.
            Bycie wampirem ma wiele wad. Jedna z nich to nieprzyjemna reakcja skóry na promienie słoneczne. A te światło, które z każdą sekundą było bliżej, zdawało się właśnie takie wydzielać.
            Zaczęło mi brakować tchu. Czarne mroczki przesłoniły oczy. To był ostateczny koniec. Mój uścisk wokół kolan, powoli rozluźnił się. Osunęłam się na ziemie. Leżałam tak przez chwile, nieruchomo. Całą sobą czułam, iż jestem coraz bliżej śmierci.
            Ale jedno się zmieniło. Czułam szczęście. Wszystkie złe uczucia zniknęły. Byłam taka lekka… Radość i miłość wypełniły moje serce. To było niesamowite. Jeszcze nigdy nie czułam się tak… CUDOWNIE.
            Ostatkiem sił rozwarłam powieki. Światło znikło. Ale nade mną pochylała się osoba, której twarz znałam aż za dobrze. Uśmiechała się, cicho szepcząc do mnie:
-Już niedługo wszystko się zacznie. Bądź gotowa.
            Puściłam te słowa mimo uszu. Jedyna myśl, która kołatała mi się w głowie, nie dawała mi spokoju. BO W KOŃCU, CO TU DO CHOLERY ROBI TIFFANY?!

 ****

            Obudziłam się, cała zalana łzami i spocona. Czułam jak mój żołądek fika koziołki po całym moim brzuchu. Strach mącił mi w umyśle. Tylko i wyłącznie STRACH. No i może jeszcze przerażenie. Ale to chyba to samo, co nie? Że też jeszcze, w takiej sytuacji mogłam się zdobyć na takie coś.
            Poderwałam się z łóżka, targające mną torsje były… ugh, lepiej nie wiedzieć. Dopadłam do drzwi łazienki, robiąc przy tym tyle hałasu, iż byłam pewna, że obudziłam wszystkich. Otworzyłam muszle toalety. Jeszcze sekunda, a źle by się to skończyło. Zaczęłam wymiotować…
            Ktoś wpadł do łazienki, a widząc mnie w takowym stanie, podbiegł przytrzymać mi włosy. Co chwile szeptał:
-Wszystko będzie dobrze. Już jest okej.
            A ja dalej spazmatycznie wymiotowałam, znowu płacząc. Kiedy wreszcie wszystko ustało, oparłam głowę o deskę. Byłam przekonana, że wszystko co jadłam (głównie krew…) w ciągu kilku ostatnich dni, wydostało się z mojego organizmu.
            Było mi cholernie zimno. Pot znów oblepił moje ciało. I pomimo tych czynników, mnie interesowało, kim jest mój tajemniczy pomocnik.
            Powoli odwróciłam głowę, w stronę tej osoby. Doznałam takiego szoku, że myślałam, iż znowu zwymiotuje. Matt siedział tuż za mną z niemrawą miną. Jego prawa ręka spoczywała na moich plecach w pocieszającym geście. Jego oczy świdrowały mnie na wylot, a wyrażały tylko i wyłącznie… troskę.
            To słodkie. Doprawdy. Jednego dnia wróg, a drugiego najlepszy przyjaciel. Żyć nie umierać (zaraz, zaraz… ja praktycznie rzecz biorąc już nie żyję…).
-Och, proszę cię bardzo. Skomentuj to jakąś biegłą i niezwykle ciętą ripostą- sarknęłam, odwracając głowę w stronę sedesu, czując jak coś niebezpiecznie podskoczyło mi w przełyku.
-Nie będzie żadnych ciętych ripost- słysząc to, zaśmiałam się cicho.- Jak na razie.
            Kiedy ponownie na niego spojrzałam, na jego twarzy widniał lekki uśmiech. Poklepał mnie po plecach, po czym zabrał rękę.
-Co się takiego stało?- spojrzał na mnie pytająco.
            Jakaś blokada włączyła się we mnie, jak w automacie. Nie byłam przyzwyczajona do zwierzania się nikomu i w żadnej sprawie. W moim życiu istniało kilka głębszych zasad, których Tiffany (i tylko ona) nie pochwalała. Jedna, dotycząca tej sytuacji brzmi: ,,Twoja sprawa, twój kłopot”. Głębokie, prawda?
-Po prostu źle się poczułam, to wszystko- wzruszyłam obojętnie ramionami.
-Wampiry tylko w dwóch wypadkach mogą czuć się źle. Kiedy są na głodzie i muszą zapolować albo gdy umierają. Żadne z tych dwóch przykładów nie objawia się wymiotami, gorączką, nadmiernymi potami i… płaczem- mruknął, wciąż uważnie mierząc mnie wzrokiem. Nie wiem jak Tiffany to wytrzymuje.
            Te jego zielone oczy są niezwykle przyciągające. Takie… świeże. Nieważne jakie uczucie przedstawiają. Ich kolor jest niesamowicie żywy. Przyciągający, niewyobrażalnie… Zaraz, STOP. Czy ja właśnie się rozmarzyłam myśląc o Macie?! Stuprocentowy bulwers!
            Chłopak, któremu wczoraj chciałam wydrapać te piękne ślepia, dziś sprawił, że był głównym powodem moich rozmyślań.
-Powinnam się leczyć- burknęłam pod nosem.
-Nie wątpię- odparł cierpko.- To powiesz mi co się stało czy mam użyć jakichś bardziej radykalnych sposobów?
-Masz na myśli…?- przewróciłam oczami, ocierając drżącą dłonią czoło. Byłam mokra, jakbym właśnie wyszła z basenu.
-Myślę, że kolejne wymioty nie były by taką przyjemną sprawą- zapewnił mnie, bystrze zaglądając mi w oczy.
            Och, złotko… WIELKI BŁĄD. Jedna podstawowa zasada. NIGDY nie patrz wampirowi prosto w oczy.
-Nie będziesz mi groził- wysyczałam, pozwalając wezbrzeć we mnie moim naturalnym instynktom wampira.- Znam swoje możliwości tak dobrze jak twoje. Więc nigdy więcej nie…- urwałam widząc, jak jego wyraz twarzy się zmienia.
            Na początek było zainteresowanie, zaraz po tym strach, potem nieobecna mimika, a na sam koniec zaskoczenie.
-Co jest?- zapytaliśmy jednocześnie.
            Niestety to nie jest ten moment, w którym niewinna niewiasta rumieni się, gdy tylko słyszy, że myśli jej ukochanego są takie same jak jej… O rzesz w mordę… Co się ze mną dzieję?
-Dobra, powiem ci- zbyłam go, w chwili, kiedy otworzył usta, żeby coś powiedzieć.- Miałam jakiś dziwny sen.
            Zamrugał kilka razy, wciąż siedząc w ciszy.
-Może bardziej rozwiniesz tą myśl?- zapytał, opierając się plecami o ścianę.
-A tyle ci nie wystarczy?- w odpowiedzi pokiwał przecząco głową. Westchnęłam ciężko.- Znajdowałam się w jakiejś ciemnej przestrzeni… Nie mam pojęcia jak inaczej można to nazwać. To było takie… STRASZNE- wzdrygnęłam się na wspomnienie tego co czułam.- Potem gdzieś w oddali pojawiło się jasne światło… Chyba słoneczne, bo czułam jak mnie zabija. Cierpiałam całą sobą… Ja tam umierałam- moja dolna warga zadrżała, moje oczy napełniły się łzami.
            Matt podsunął się do mnie, otulił ramieniem i w ciszy czekał, aż pozbieram się do kupy, żebym mogła kontynuować.
-Zaraz po tym, pojawiła się przy mnie postać. Dziewczyna. Ona kazała mi się przygotować, powiedziała, że niedługo wszystko się zacznie- chłopak zmarszczył brwi w zamyśleniu. Wierzchem dłoni otarłam łzy spływające po policzkach. Miałam wrażenie, iż ból, który wtedy odczuwałam czai się gdzieś blisko i lada moment zaatakuje znowu.- Ale najdziwniejsze było to, że tą dziewczyną była… Tiffany.
            Matt zakrztusił się własną śliną, gdy tylko usłyszał moje słowa. Poklepałam go żywo placach, pomagając mu odkrztusić zaległy płyn. Kiedy chłopak się uspokoił, patrzył przed siebie z wielkim skupieniem i zamyśleniem. Podążyłam za jego wzrokiem. Kiedy zdałam sobie sprawę, że patrzy na zlew, wydęłam wargi zażenowana.
            Podniosłam się z ziemi lekko chwiejąc, na co Matt ani trochę nie zareagował. Pomachałam mu ręką przed twarzą, ale tym razem również nie dostrzegłam żadnej reakcji z jego strony. Wzruszyłam ramionami, podeszłam do zlewu, po czym przepłukałam usta wodą. Gdy zimny płyn zetknął się z moimi wargami, po moim ciele przeszedł dreszcz.
            Mój żołądek zrobił fikołka przez pół mojego brzucha, serce stanęło mi na chwilę. Przed oczami znów pojawił mi się obraz Tiffany. Płakała… Nie, szlochała. Siedziała załamana, pośród łąki pełnej ślicznych kwiatów. Miała na sobie białą suknię, we włosach tkwił wpięty wianek.
            Chciałam ją zawołać, ale kiedy otworzyłam usta, nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Mimo to, niegdyś moja najbliższa przyjaciółka, odwróciła się w moją stronę. Patrzyła na mnie oczami pełnymi smutku… i złości. Cofnęłam się kilka kroków, tknięta przeczuciem, że każdy gwałtowny ruch może skończyć się dla mnie BARDZO źle.
            Tiffany skuliła się, widząc, iż mnie przeraziła. Widząc jej skruchę, odruchowo ruszyłam w jej stronę. Nie zaszłam daleko. Dziewczyna poderwała się z ziemi, a z jej zębów wystawały kły… ZARAZ, ZARAZ… KŁY?!
            Złapałam się za głowę. Chyba już kompletnie zwariowałam. Przecież to niemożliwe, ona jest wilkołakiem! To, to… to paranoja!
            Mój oddech przyspieszył, a ciemność pochłonęła mnie w całości. Ostatnia rzecz, którą widziałam to była zakrwawiona suknia… w dodatku… MOJA.

 ****

            Przyłożyłam zimny okład do czoła. Mierzona wzrokiem przez grupkę wampirów, obróciłam głowę w drugą stronę. Cholernie mnie drażnili.
-Serio, aż tak źle wyglądam?- zapytałam, na co w odpowiedzi pokiwali przecząco głową- To czego się tak gapicie?!- krzyknęłam, podnosząc się lekko z kanapy. Ostry ból w głowie zmusił mnie do ponownego położenia się.
            Wciąż nie mogłam uwierzyć w to co się działo. Teoria Matta na temat tego co widziałam w swoim śnie i łazience była bardzo prosta: MÓJ DAR SIĘ OBJAWIŁ!
            Normalnie, to poszłabym do miasta to oblać albo zrobiłabym coś szalonego… cokolwiek. Ale w tym wypadku, nie miałam szans. Nie mogłam podnieść tyłka z kanapy nawet na minutę, bo albo wymiotowałam albo leciałam w każdą stronę, co ostatecznie mogłoby się zakończyć utratą moich pięknych ząbków.
            Przez pierwszych kilka minut myślałam, że mam taki sam dar co mój brat. To w sumie niespotykany przypadek, w jednej rodzinie dwa takie same dary… Matt szybko uświadomił mi jednak, że nasze dary bardzo się różnią. Jason widzi jasną przyszłość, żadnych zakodowanych… hmm… tajemnic. Jemu ukazuje się jedna z wielu, prostych wersji tego, co się wydarzy. Natomiast ja widzę to, co się wydarzy na pewno, ale nigdy nie ukaże mi się to w dosłownej wersji… Skomplikowane, no nie?
            Dając przykład, w wizji widziałam swoją zakrwawioną sukienkę. To może znaczyć, że ktoś mnie zabije lub ja kogoś zabije. Istnieje też możliwość, iż dostane okresu… pomińmy to ostatnie.
            Z jednej strony duma zagościła na stałe w mojej duszy. Mam coś co pomoże mi w przetrwaniu i nada wyższą rangę. Kiedy dla wampira objawia się dar, ogólnie organizuje się wielkie święto, ale tą tradycję mogą stosować tylko Szlachetni. Czemu? Bo to, że w tych czasach ma się ozłoconą dupę i większe możliwości, sprawia, iż stoją o wiele wyżej w hierarchii niż Odmieńcy. Taki, nasz smutny los…
            Ale jak to zwykło się mawiać: ,,Medal ma dwie strony” (mam ochotę zabić osobę, która wymyśliła to powiedzenie… uważam, iż bez tego przysłowia, życie stałoby się o wiele lepsze). Posiadając dar, na moje barki spadało również miliony kolejnych obowiązków. Oraz ból i nieprzyjemne wymioty za KAŻDYM razem, kiedy tylko wizja się pojawi. Nikt nie powiedział, że będzie miło.
            W sprawie Tiffany… Nikt za Chiny ludowe nie ma pojęcia, co ona robi w mojej wizji. Moja wersja jest taka, że przez przebywanie z nią przez kilka godzin w odległości dwóch metrów, mocno zaszkodziło mojej psychice. Dlatego też, jako swój własny lekarz specjalista, zaleciłam sobie unikanie jej na każdym kroku.
            Wilczyca leżała sobie beztrosko w szpitalu. Jak widać jej wybryk samookaleczenia, aby rozdzielić mnie z Mattem, ostatecznie nie zakończył się zbyt dobrze. A MY MAMY CORAZ MNIEJ CZASU. Swoją drogą, istot do pomocy też ubywa…
            Ja nie mogę się podnieść z łóżka, na dodatek przebywam tu z innymi wampirami nielegalnie. Ona (Tiffany) leni dupę w szpitalu. Matt zniknął gdzieś dwie godziny temu (cała troska i braterstwo, które wobec mnie okazywał w łazience wyparowały, gdy sprowadził mnie do salonu, pozostawiając w towarzystwie pozostałych wampirów…). Luca i Mirabel jak nie było, tak nie ma. Spotkanie z Lykańską Radą Potomków stoi pod znakiem zapytania, raczej nie ma zamiaru brać udziału w tegorocznym maratonie o zgodę na pozostanie na terytorium, gdzie właściwie takim jak ja, groziła śmierć.
            Westchnęłam ciężko, zdejmując okład z czoła. Mój żołądek ścisną się boleśnie. BYŁAM GŁODNA. POTRZEBOWAŁAM KRWI.
            Robi się naprawdę ciekawie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz