Oto długo wyczekiwany ROZDZIAŁ 3!!!!!!!
Przepraszam, ale nie jest on najlepszy, bo wena bardzo lubi sobie ze mną pogrywać...
Poprzednie dwa posty zostaną usunięte, bo nie chce, żeby takie krótkie informacje zaśmiecały (nie mam pojęcia, jak inaczej to ująć) mi bloga.
Ponownie przepraszam za błędy i tak długą nieobecność. Miłego czytania! :)
Rozdział 3
(Tiffany Wilde)
-Nie...! Matt, ani mi się waż!-
krzyknęłam do chłopaka, który przepychał się z moją byłą przyjaciółką.
Wrzeszczeli na siebie już dobre pięć minut.
Widziałam,
że Matt coraz mniej nad sobą panuje i niedługo się przemieni. Elizabeth
wysunęła kły zaraz po tym, jak się z nim zderzyła.
Wysłałam
grupkę wampirów do domu, mając nadzieję, że to nie okaże się największym błędem
mojego życia. Nie, zaraz, ja już go popełniłam… dałam się wciągnąć w to bagno!
Byłam
doprawdy wściekła i już nie tylko na siebie. Nie pomagało to, że próbowałam ich
ze sobą rozdzielić, po jakimś czasie zrezygnowałam z krzyków. I wtedy w mojej
głowie zaświtał pomysł. Dosłownie widziałam blask lampeczki palącej się nad
moją głową, jakbym była postacią rodem z kreskówki.
Zbiegłam z
tarasu. Z całej siły uderzyłam w drewnianą belkę, podtrzymującą poręcz od
schodów. Musiałam powtórzyć tą czynność kilka razy. Widać targające mną uczucia
osłabiały moją moc. Chwyciłam odłamaną część w prawą rękę. Wzięłam kilka
głębszych oddechów, po czym przyłożyłam sobie jej ostrzejszą część do lewego
nadgarstka.
Stałam tak,
żeby Matt mógł mnie zauważyć. Elizabeth odwrócona do mnie plecami nieustannie
popychała go do tyłu klnąc, jak jeszcze nigdy. Szczerze, większość z przezwisk
jakie rzucała w stronę chłopaka, była w innym języku, w ogóle mi nie znanym.
W momencie,
kiedy przejechałam ostrym końcem odłamka z poręczy po ręce, Elizabeth stanęła,
sztywna jak kłoda. Matt spiął się i krzyknął:
-Nie!!- ale było już za późno.
Cienka smużka
krwi spływała po moim przedramieniu. Ból był okropny. Miałam ochotę wrzeszczeć.
Chyba trochę za mocno się samo okaleczyłam…
Elizabeth
odwróciła się do mnie. Wokół jej źrenic pojawiła się czerwona obwódka. Miałam
wrażenie, iż kły wysunęły się jej jeszcze bardziej. Oblizała usta, nie
spuszczając ze mnie wzroku. Co chwile drgała pod wpływem dreszczy. Widać było z
jak wielkim trudem powstrzymuje się przed rzuceniem na mnie i wyssaniem krwi.
Nie ważne, że wilkołaczej (podejrzewam, że mało smacznej dla wampirów).
-Natychmiast, zakryj ranę idiotko!- wysyczała, chowając
twarz w dłoniach. Zaraz po tym cofnęła się kilka kroków do tyłu.
Wilkołaki
za płotem zaczęły się robić niespokojne. Wyły do Księżyca, powarkiwały, głośno
kłapały zębami, drapały nawet o płot… A ja wciąż nie wiedziałam czy robią to
aby się do mnie dobrać i zabić, czy może dlatego, iż chcą mnie bronić albo…
-Zrób to co ta pijawka ci każe, już!- warknął Matt,
zmierzając w moją stronę.
-Nawet nie próbuj się zbliżać, bo wykonam drugie cięcie! A
wtedy ona na pewno się nie powstrzyma… nie wspominając o jej kumplach-
ostrzegłam go, ponownie przykładając ostry koniec drewna do ręki.
-O co ci chodzi? Do końca cie pochrzaniło? Najpierw
przyprowadzasz wampiry do miasta, dobrze wiedząc czym to grozi, a teraz jeszcze
grozisz, że zatniesz się tu na śmierć i dasz wyssać tym wszystkim wampirom?-
patrzył na mnie pytająco, każdy jego ruch pokazywał, jak bardzo jest
zdesperowany.
-Obiecajcie się nie kłócić. Żadnych walk, wrzasków, czy
przepychanek! Macie mi to przysiąc, tu i teraz!- zaparłam się, dumnie unosząc
brodę.
-Posłuchaj, to niczego nie…- zaczęła Elizabeth, powoli się
odwracając.
-Przysięgnijcie!- przerwałam jej. Głos mi się załamał.
Matt
spojrzał na wampirzyce, a jego brwi odruchowo się zmarszczyły. Elizabeth
mierzyła go spiętym wzrokiem, z którego nic oprócz tego uczucia nie dało się
wyczytać.
-Proszę cię, Matt. Jesteś dla mnie jak brat…- wypowiadając
te słowa, zaczęłam się zastanawiać, jak nisko musiałam upaść, żeby szantażując
kogoś, zacząć go jeszcze błagać.
-Dobra, zgoda!- krzyknęła Elizabeth, wywracając teatralnie
oczami.- Składam ci tą zasraną obietnice. Nie tknę tego gnoja nawet kijem,
podoba się?
Rzuciłam
jej zażenowane spojrzenie, które ona skwitowała niewinnym wzruszeniem ramion.
-Przysięgam, ale tylko dlatego, że również jesteś dla mnie
jak rodzeństwo…- westchnął, odwracając wzrok.
-Dziękuje- wyszeptałam i spuściłam wzrok. Na moją twarz
wpełzł uśmiech zadowolenia.
,,Przysięgam,
ale tylko dlatego, że również jesteś dla mnie jak rodzeństwo…”, te słowa
sprawiły, iż w środku mnie, rozeszło się przyjemne ciepło. Matt był dla mnie
jak brat. Może nie powiązany genami… ale jednak brat. Odkąd jego rodzice mnie
adoptowali, żyło mi się naprawdę dobrze. Chłopak zawsze o mnie dbał, pocieszał,
rozśmieszał, pomagał w najgorszych tarapatach… W całości zastąpił mi rodzeństwo,
które nigdy nie było w stosunku do mnie troskliwe czy choćby opiekuńcze.
-Zakryj wreszcie ta rękę, bo zaraz ci pomogę! I uwierz mi,
nie będzie to przyjemna sprawa- fuknęła Elizabeth.
Owinęłam
rękę w bluzkę i ruszyłam w stronę domu. Gdy razem weszliśmy na taras, a po
mojej głowie, krążyła kojąca myśl, iż zaraz odpocznę na kanapie albo
gdziekolwiek, jak na złość znów musiało się coś stać.
Matt
obejrzał się przez ramie, po czym natychmiast znieruchomiał i zbladł.
-Och, będą kłopoty- mruknął.
Razem z
Elizabeth odwróciłyśmy się równocześnie.
Na posesje
weszli Luc i Mirabel- moi rodzice adopcyjni. Współpracujący blisko z Radą
Potomków.
-Czy wspominałam wcześniej, że jesteśmy martwi?- wydusiłam,
nabierając powietrza do płuc.
-Może nie dosłownie, ale trochę tego było- odparła
Elizabeth, równie spięta co ja.
-Obawiam się, że zginiemy szybciej niż przepuszczałam…-
jęknęłam, widząc spojrzenie, jakim obrzucali nas moich adopcyjni rodzice.
****
Poznać
znaczenie słów: ,,być przypartym do ściany”, jest niezwykle nieprzyjemne. Nie
życzę nikomu takiego… hmmmm… doświadczenia. Doprawdy, najchętniej cofnęłabym
teraz czas, powiedziała Elizabeth podczas spotkania w lesie: ,,Spadaj na drzewo
zbierać banany”, a następnie już tylko upajała się tym zszokowanym wyrazem
twarzy, spowodowanym moją odmową. Na liście
,,Rzeczy do zrobienia” niespodziewanie pojawił się podpunkt: WYNALEŹĆ
WEHIKUŁ CZASU.
Siedzieliśmy
wszyscy razem w salonie. Mam tu na myśli mnie, Matta, Elizabeth, grupkę tych
wampirów i Luca z Mirabel. Pech chciał, że wszyscy obrzucali mnie wściekłym
spojrzeniem (nawet Elizabeth!- w sumie, to ona nie powinna stać po mojej
stronie…?). Miałam ochotę poderwać się z kanapy (jeśli chodzi o wcześniej
wspomniany odpoczynek, to nie dostałam na niego nawet chwili) i krzyknąć: ,,TAK,
TO JA JESTEM WINNA! ZAKUJCIE MNIE W KAJDANY I DO LOCHU ZE MNĄ, TYLKO
PRZESTAŃCIE TAK NA MNIE PATRZEĆ!”. Niestety, robiąc to zapewne pogorszyłabym
sprawę.
-Mam coś na twarzy?- zapytałam nieśmiało, kuląc się pod
jeszcze silniejszym naporem wściekłych spojrzeń. Przepuszczałam, że nie tak
powinnam zaczynać tę rozmowę.
Mirabel
podeszła do mnie, po czym z gracją oklapła na siedzenie obok. Zaczęła pocierać
skronie rękoma. Dosłownie słyszałam, jak trybiki w jej głowie pracują. Twarz
mojej opiekunki wyrażała ogromne zdenerwowanie oraz złość.
Żeby pozbyć
się tych okropnych wyrzutów sumienia, które na ten widok postanowiły wyjść z
ukrycia, skupiłam uwagę na czym innym.
Moja ręka
przestała krwawić. Zaraz po wejściu do domu Matt mi ją opatrzył. Tak więc całe
lewe przedramię miałam w bandażu. Wyglądało to dość… no nie wiem… dziwnie.
Chyba wybrałam sobie niezbyt ciekawy obiekt, na którym mogłabym skupić uwagę.
-Co ty sobie myślałaś, Tiffany?- wypalił Luc.
-No, ja… miałam bardzo ważny powód… no i ten…- zaczęłam, ale
wielka gula zatkała mi gardło. Nagle mała czerwona kropka, która pojawiła się
na bandażu wydała się niezwykle interesująca.
-Jako, że jej brakuje odwagi, może ja wytłumaczę- Elizabeth
gładko wpłynęła w temat. Pierwszy raz cieszyłam się, że to ona przejęła inicjatywę,
mimo tego, iż mnie w jakiś sposób obraziła.
Nie mam
pojęcia ile czasu zajęło mojej byłej przyjaciółce opowiedzenie tego
wszystkiego, ale kiedy skończyła, ja już przysypiałam na ramieniu Matta, który
usiadł obok mnie gdzieś w połowie opowieści wampirzycy. Miałam wrażenie, iż
ktoś nasmarował mi powieki klejem. Za każdym razem, kiedy się zamykały,
otwierały się coraz mniej. Po jakimś czasie, nawet mocne szturchnięcia mojego
brata nie pomagały.
-O matko- tak oto, w dobitny sposób, Mirabel skomentowała
wytłumaczenia Elizabeth.
-Nie wierze…- wydusił Luc, opadając na fotel.
-Co tak cennego twojemu gatunkowi oni zostawili w mieście?-
zapytał Matt.
-Nie wiem, ale znam parę wskazówek, które nas do tego
doprowadzą- odpowiedziała wampirzyca.
-Kto jeszcze zna te wskazówki?
-Jason, mój brat- wyszeptała smutno dziewczyna.
-I gdzie on teraz jest, to któryś z nich?- Luc przetarł ręką
twarz i wskazał na grupkę wampirów, wyraźnie znudzonych tym wszystkim.
-Nie… On został porwany przez Szlachetnych- zaprzeczyłam śpiącym
głosem.
Po salonie
znów rozniosło się kilka ,,ochów” i ,,achów”, wypełnionych załamaniem i
zażenowaniem. A tymczasem całe moje ciało domagało się snu…
-Wiem już co zrobimy. Staniecie jutro przed Radą Potomków ze
strony wilkołaków. Słowo w słowo powtórzycie im to wszystko, co my tu
usłyszeliśmy. Taka sprawa nie może zostać odwlekana. Dlatego myślę, że do
jutrzejszego południa uda nam się umówić spotkanie. A skoro nasza posiadłość
jest chroniona specjalnym prawem oraz, iż to Rada posłała nas, powiedzmy ,,na
zwiady”, więc nie powinno być kłopotów…- rozgadał się Luc.
-…Możecie tu przenocować- westchnęłam, po czym podniosłam
się z kanapy, nieco się chwiejąc.- Nie mam pojęcia co mnie tak zmęczyło…
-Tiffany, siadaj na kanapę, natychmiast- usłyszałam spięty
głos Matta.
-Co? Dlaczego?- zapytałam zdziwiona.
-Twoja ręka, ona wciąż krwawi i to strasznie mocno…- gdzieś
z daleka dobiegł mnie głos Elizabeth.- Wy, opuśćcie ten pokój- dam głowę, że
mówiła do tych wszystkich wampirów.
-Zabiorę cie do szpitala- wyszeptał Matt, podtrzymując mnie
w pasie, gdy zaczęłam się chwiać. Doprawdy ciężko było mi złapać równowagę…
Zanim oczy
zaszły mi mgłą, a ciemność pochłonęła w bezkresne przestworza, zobaczyłam tylko
jedno. I dałabym wszystko, żeby wymazać ten obraz z pamięci…
Widok martwego
Matta przed oczami rozdzierał mi serce.
Lexi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz