wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział 3

Oto długo wyczekiwany ROZDZIAŁ 3!!!!!!!
Przepraszam, ale nie jest on najlepszy, bo wena bardzo lubi sobie ze mną pogrywać...
Poprzednie dwa posty zostaną usunięte, bo nie chce, żeby takie krótkie informacje zaśmiecały (nie mam pojęcia, jak inaczej to ująć) mi bloga.
Ponownie przepraszam za błędy i tak długą nieobecność. Miłego czytania! :)



Rozdział 3
(Tiffany Wilde)



-Nie...! Matt, ani mi się waż!- krzyknęłam do chłopaka, który przepychał się z moją byłą przyjaciółką. Wrzeszczeli na siebie już dobre pięć minut.
            Widziałam, że Matt coraz mniej nad sobą panuje i niedługo się przemieni. Elizabeth wysunęła kły zaraz po tym, jak się z nim zderzyła.
            Wysłałam grupkę wampirów do domu, mając nadzieję, że to nie okaże się największym błędem mojego życia. Nie, zaraz, ja już go popełniłam… dałam się wciągnąć w to bagno!
            Byłam doprawdy wściekła i już nie tylko na siebie. Nie pomagało to, że próbowałam ich ze sobą rozdzielić, po jakimś czasie zrezygnowałam z krzyków. I wtedy w mojej głowie zaświtał pomysł. Dosłownie widziałam blask lampeczki palącej się nad moją głową, jakbym była postacią rodem z kreskówki.
            Zbiegłam z tarasu. Z całej siły uderzyłam w drewnianą belkę, podtrzymującą poręcz od schodów. Musiałam powtórzyć tą czynność kilka razy. Widać targające mną uczucia osłabiały moją moc. Chwyciłam odłamaną część w prawą rękę. Wzięłam kilka głębszych oddechów, po czym przyłożyłam sobie jej ostrzejszą część do lewego nadgarstka.
            Stałam tak, żeby Matt mógł mnie zauważyć. Elizabeth odwrócona do mnie plecami nieustannie popychała go do tyłu klnąc, jak jeszcze nigdy. Szczerze, większość z przezwisk jakie rzucała w stronę chłopaka, była w innym języku, w ogóle mi nie znanym.
            W momencie, kiedy przejechałam ostrym końcem odłamka z poręczy po ręce, Elizabeth stanęła, sztywna jak kłoda. Matt spiął się i krzyknął:
-Nie!!- ale było już za późno.
            Cienka smużka krwi spływała po moim przedramieniu. Ból był okropny. Miałam ochotę wrzeszczeć. Chyba trochę za mocno się samo okaleczyłam…
            Elizabeth odwróciła się do mnie. Wokół jej źrenic pojawiła się czerwona obwódka. Miałam wrażenie, iż kły wysunęły się jej jeszcze bardziej. Oblizała usta, nie spuszczając ze mnie wzroku. Co chwile drgała pod wpływem dreszczy. Widać było z jak wielkim trudem powstrzymuje się przed rzuceniem na mnie i wyssaniem krwi. Nie ważne, że wilkołaczej (podejrzewam, że mało smacznej dla wampirów).
-Natychmiast, zakryj ranę idiotko!- wysyczała, chowając twarz w dłoniach. Zaraz po tym cofnęła się kilka kroków do tyłu.
            Wilkołaki za płotem zaczęły się robić niespokojne. Wyły do Księżyca, powarkiwały, głośno kłapały zębami, drapały nawet o płot… A ja wciąż nie wiedziałam czy robią to aby się do mnie dobrać i zabić, czy może dlatego, iż chcą mnie bronić albo…
-Zrób to co ta pijawka ci każe, już!- warknął Matt, zmierzając w moją stronę.
-Nawet nie próbuj się zbliżać, bo wykonam drugie cięcie! A wtedy ona na pewno się nie powstrzyma… nie wspominając o jej kumplach- ostrzegłam go, ponownie przykładając ostry koniec drewna do ręki.
-O co ci chodzi? Do końca cie pochrzaniło? Najpierw przyprowadzasz wampiry do miasta, dobrze wiedząc czym to grozi, a teraz jeszcze grozisz, że zatniesz się tu na śmierć i dasz wyssać tym wszystkim wampirom?- patrzył na mnie pytająco, każdy jego ruch pokazywał, jak bardzo jest zdesperowany.
-Obiecajcie się nie kłócić. Żadnych walk, wrzasków, czy przepychanek! Macie mi to przysiąc, tu i teraz!- zaparłam się, dumnie unosząc brodę.
-Posłuchaj, to niczego nie…- zaczęła Elizabeth, powoli się odwracając.
-Przysięgnijcie!- przerwałam jej. Głos mi się załamał.
            Matt spojrzał na wampirzyce, a jego brwi odruchowo się zmarszczyły. Elizabeth mierzyła go spiętym wzrokiem, z którego nic oprócz tego uczucia nie dało się wyczytać.
-Proszę cię, Matt. Jesteś dla mnie jak brat…- wypowiadając te słowa, zaczęłam się zastanawiać, jak nisko musiałam upaść, żeby szantażując kogoś, zacząć go jeszcze błagać.
-Dobra, zgoda!- krzyknęła Elizabeth, wywracając teatralnie oczami.- Składam ci tą zasraną obietnice. Nie tknę tego gnoja nawet kijem, podoba się?
            Rzuciłam jej zażenowane spojrzenie, które ona skwitowała niewinnym wzruszeniem ramion.
-Przysięgam, ale tylko dlatego, że również jesteś dla mnie jak rodzeństwo…- westchnął, odwracając wzrok.
-Dziękuje- wyszeptałam i spuściłam wzrok. Na moją twarz wpełzł uśmiech zadowolenia.
            ,,Przysięgam, ale tylko dlatego, że również jesteś dla mnie jak rodzeństwo…”, te słowa sprawiły, iż w środku mnie, rozeszło się przyjemne ciepło. Matt był dla mnie jak brat. Może nie powiązany genami… ale jednak brat. Odkąd jego rodzice mnie adoptowali, żyło mi się naprawdę dobrze. Chłopak zawsze o mnie dbał, pocieszał, rozśmieszał, pomagał w najgorszych tarapatach… W całości zastąpił mi rodzeństwo, które nigdy nie było w stosunku do mnie troskliwe czy choćby opiekuńcze.
-Zakryj wreszcie ta rękę, bo zaraz ci pomogę! I uwierz mi, nie będzie to przyjemna sprawa- fuknęła Elizabeth.
            Owinęłam rękę w bluzkę i ruszyłam w stronę domu. Gdy razem weszliśmy na taras, a po mojej głowie, krążyła kojąca myśl, iż zaraz odpocznę na kanapie albo gdziekolwiek, jak na złość znów musiało się coś stać.
            Matt obejrzał się przez ramie, po czym natychmiast znieruchomiał i zbladł.
-Och, będą kłopoty- mruknął.
            Razem z Elizabeth odwróciłyśmy się równocześnie.
            Na posesje weszli Luc i Mirabel- moi rodzice adopcyjni. Współpracujący blisko z Radą Potomków.
-Czy wspominałam wcześniej, że jesteśmy martwi?- wydusiłam, nabierając powietrza do płuc.
-Może nie dosłownie, ale trochę tego było- odparła Elizabeth, równie spięta co ja.
-Obawiam się, że zginiemy szybciej niż przepuszczałam…- jęknęłam, widząc spojrzenie, jakim obrzucali nas moich adopcyjni rodzice.

****

            Poznać znaczenie słów: ,,być przypartym do ściany”, jest niezwykle nieprzyjemne. Nie życzę nikomu takiego… hmmmm… doświadczenia. Doprawdy, najchętniej cofnęłabym teraz czas, powiedziała Elizabeth podczas spotkania w lesie: ,,Spadaj na drzewo zbierać banany”, a następnie już tylko upajała się tym zszokowanym wyrazem twarzy, spowodowanym moją odmową. Na liście  ,,Rzeczy do zrobienia” niespodziewanie pojawił się podpunkt: WYNALEŹĆ WEHIKUŁ CZASU.
            Siedzieliśmy wszyscy razem w salonie. Mam tu na myśli mnie, Matta, Elizabeth, grupkę tych wampirów i Luca z Mirabel. Pech chciał, że wszyscy obrzucali mnie wściekłym spojrzeniem (nawet Elizabeth!- w sumie, to ona nie powinna stać po mojej stronie…?). Miałam ochotę poderwać się z kanapy (jeśli chodzi o wcześniej wspomniany odpoczynek, to nie dostałam na niego nawet chwili) i krzyknąć: ,,TAK, TO JA JESTEM WINNA! ZAKUJCIE MNIE W KAJDANY I DO LOCHU ZE MNĄ, TYLKO PRZESTAŃCIE TAK NA MNIE PATRZEĆ!”. Niestety, robiąc to zapewne pogorszyłabym sprawę.
-Mam coś na twarzy?- zapytałam nieśmiało, kuląc się pod jeszcze silniejszym naporem wściekłych spojrzeń. Przepuszczałam, że nie tak powinnam zaczynać tę rozmowę.
            Mirabel podeszła do mnie, po czym z gracją oklapła na siedzenie obok. Zaczęła pocierać skronie rękoma. Dosłownie słyszałam, jak trybiki w jej głowie pracują. Twarz mojej opiekunki wyrażała ogromne zdenerwowanie oraz złość.
            Żeby pozbyć się tych okropnych wyrzutów sumienia, które na ten widok postanowiły wyjść z ukrycia, skupiłam uwagę na czym innym.
            Moja ręka przestała krwawić. Zaraz po wejściu do domu Matt mi ją opatrzył. Tak więc całe lewe przedramię miałam w bandażu. Wyglądało to dość… no nie wiem… dziwnie. Chyba wybrałam sobie niezbyt ciekawy obiekt, na którym mogłabym skupić uwagę.
-Co ty sobie myślałaś, Tiffany?- wypalił Luc.
-No, ja… miałam bardzo ważny powód… no i ten…- zaczęłam, ale wielka gula zatkała mi gardło. Nagle mała czerwona kropka, która pojawiła się na bandażu wydała się niezwykle interesująca.
-Jako, że jej brakuje odwagi, może ja wytłumaczę- Elizabeth gładko wpłynęła w temat. Pierwszy raz cieszyłam się, że to ona przejęła inicjatywę, mimo tego, iż mnie w jakiś sposób obraziła.
            Nie mam pojęcia ile czasu zajęło mojej byłej przyjaciółce opowiedzenie tego wszystkiego, ale kiedy skończyła, ja już przysypiałam na ramieniu Matta, który usiadł obok mnie gdzieś w połowie opowieści wampirzycy. Miałam wrażenie, iż ktoś nasmarował mi powieki klejem. Za każdym razem, kiedy się zamykały, otwierały się coraz mniej. Po jakimś czasie, nawet mocne szturchnięcia mojego brata nie pomagały.
-O matko- tak oto, w dobitny sposób, Mirabel skomentowała wytłumaczenia Elizabeth.
-Nie wierze…- wydusił Luc, opadając na fotel.
-Co tak cennego twojemu gatunkowi oni zostawili w mieście?- zapytał Matt.
-Nie wiem, ale znam parę wskazówek, które nas do tego doprowadzą- odpowiedziała wampirzyca.
-Kto jeszcze zna te wskazówki?
-Jason, mój brat- wyszeptała smutno dziewczyna.
-I gdzie on teraz jest, to któryś z nich?- Luc przetarł ręką twarz i wskazał na grupkę wampirów, wyraźnie znudzonych tym wszystkim.
-Nie… On został porwany przez Szlachetnych- zaprzeczyłam śpiącym głosem.
            Po salonie znów rozniosło się kilka ,,ochów” i ,,achów”, wypełnionych załamaniem i zażenowaniem. A tymczasem całe moje ciało domagało się snu…
-Wiem już co zrobimy. Staniecie jutro przed Radą Potomków ze strony wilkołaków. Słowo w słowo powtórzycie im to wszystko, co my tu usłyszeliśmy. Taka sprawa nie może zostać odwlekana. Dlatego myślę, że do jutrzejszego południa uda nam się umówić spotkanie. A skoro nasza posiadłość jest chroniona specjalnym prawem oraz, iż to Rada posłała nas, powiedzmy ,,na zwiady”, więc nie powinno być kłopotów…- rozgadał się Luc.
-…Możecie tu przenocować- westchnęłam, po czym podniosłam się z kanapy, nieco się chwiejąc.- Nie mam pojęcia co mnie tak zmęczyło…
-Tiffany, siadaj na kanapę, natychmiast- usłyszałam spięty głos Matta.
-Co? Dlaczego?- zapytałam zdziwiona.
-Twoja ręka, ona wciąż krwawi i to strasznie mocno…- gdzieś z daleka dobiegł mnie głos Elizabeth.- Wy, opuśćcie ten pokój- dam głowę, że mówiła do tych wszystkich wampirów.
-Zabiorę cie do szpitala- wyszeptał Matt, podtrzymując mnie w pasie, gdy zaczęłam się chwiać. Doprawdy ciężko było mi złapać równowagę…
            Zanim oczy zaszły mi mgłą, a ciemność pochłonęła w bezkresne przestworza, zobaczyłam tylko jedno. I dałabym wszystko, żeby wymazać ten obraz z pamięci…

            Widok martwego Matta przed oczami rozdzierał mi serce.




 Lexi