środa, 13 lutego 2013

Rozdział 2




Ponownie, długo nie odwiedzałam tego bloga. I ponownie przepraszam. Nie wykręcę się nauką, bo przyznam szczerze, nie miałam jej, AŻ tak sporo. Dużo myślałam nad całym opowiadaniem. Pozmieniałam kilka wątków, więc gdy tylko poskładałam całą historie do kupy, zabrałam się do roboty. Mam nadzieję, że wam się spodoba : )

Rozdział 2
(Elizabeth Jenson)


Nigdy nie byłam wyrocznią, ale teraz żyłam w przekonaniu, że czeka nas śmierć. Zdolność Tiffany do wplątywania się w kłopoty, nigdy jakoś specjalnie mnie nie szokowała. Nie sam wilczycy charakter powodował, że dziewczyna dostawała nagłe i mocne kopy od życia, a raczej jej sposób bycia. ,,Nie uklęknę przed tobą posłusznie dopóki, ty nie powiesz mi, że podlegasz moim rozkazom”- kiedy się przyjaźniłyśmy, tak właśnie brzmiało jej główne motto życiowe (do dziś, nie do końca rozumiem o co w nim, tak naprawdę chodzi…).
            Od naszego ostatniego spotkania Tiffany znacznie się zmieniła. Przede wszystkim należy podkreślić, iż urosła kilkanaście centymetrów (była najniższa w klasie, przez co nadano jej tytuł ,,kurdupla”, którego zawzięcie broniłam…) i teraz była równa ze mną, a może nawet o centymetr wyższa. Jej białe włosy (tak, białe… skutki przemiany w wilkołaka…) błyszczały w blasku Księżyca, związane w warkocz, który (o dziwo!) sięgał, aż jej kolan. Piwne oczy były rozszerzone szeroko, ze strachu, choć błyskały w nich też iskry złości. Jej skóra była lekko opalona, ale nie na tyle, bym mogła stwierdzić, że zaklinowała się w solarium. Od początku wydawała się siedzieć we własnym świecie i głęboko nad czymś myśleć. W czasie drogi nawet uraczyła nas kilkoma wrednymi tekstami, którymi byłam wprost zachwycona. Zawsze jej powtarzałam, że powinna trochę wyostrzyć swój język.
            Ale teraz, gdy dobre pół miasta wiedziała o naszej obecności tutaj, byłam wściekła. To wszystko wina tej cholernej wilczej telepatii! Nie mam pojęcia co takiego się stało, iż Tiffany straciła kontrole nad umysłem, ale byłam pewna tego, że o przemycie nas do Falls wiedziało już (co najmniej) pół watahy.
            Gdzieś niedaleko rozległo się wycie wilka, a ja zaczęłam się wiercić jakbym miała owsiki w dupie.
-Musimy biec, schować się gdzieś!- wrzasnęłam, rozglądając się naokoło.
            Gorączkowo przyglądałam się Tiffany. Po ciele dziewczyny przechodziły dreszcze, a mnie oblał zimny pot. Właśnie dlatego, w życiu nie chciałabym stać się tym futrzakiem.
Moją głowę wypełniły wspomnienia… Miesiąc przed naszą Przemianą w obrzeżach miasta osiedliły się wilkołaki. Nie sprawiały problemu, więc wampiry pozwoliły im tam tymczasowo zamieszkać. I od tamtego momentu Tiffany zaczęła zachowywać się dziwnie… znikała gdzieś na długo, nie miała czasu na to, żeby się ze mną spotkać. Był to również okres, kiedy często się kłóciłyśmy. Na dodatek, o byle co… W dzień Przemiany Tiffany nie pojawiła się w Ratuszu Miejskim- miejscu, gdzie odbywał się ten proces. Najsilniejszy wampir z rodziny (w moim wypadku była to babcia) wstrzykiwał jad do ciała przechodzącego Przemianę. Nie powiem, żeby to było przyjemne. Większość kończyła na podłodze, tracąc przytomność. Ja z moim bratem, Jasonem, jako jedni z nielicznych utrzymaliśmy się na nogach, jedynie krzycząc z bólu. Równo o północy, moje serce przestało bić, a ja wciąż żyłam. Wszyscy przeszli Przemianę… tylko nie Tiffany. Pamiętam jak wyszłam z budynku… silniejsza, szybsza, bardziej wytrzymała… i wściekła. Gdy tylko przekroczyłam próg domu, moim oczom ukazała się zapłakana przyjaciółka.
Pamiętam ten moment, jakby to było dziś, kiedy o mały włos nie rzuciłam się na nią z chęcią mordu. Ale nie dlatego, iż byłam wściekła jak mało kto, tylko, ponieważ moja była przyjaciółka dziwnie pachniała… dosłownie. Czułam woń wilka, która niesamowicie drażniła moje śluzówki. A ona rzuciła mi wtedy spojrzenie pełne odrazy… i powiedziała wszystko. Od samego początku. Jak poznała Matta w sklepie. O tym, jak on zaprowadził ją po raz pierwszy do ICH siedliska. Wyraziła słowami uczucia, jakie poczuła na widok watahy. Powiedziała, że miała wrażenie, iż w końcu znalazła rodzinę. Przychodziła tam codziennie, aż pewnego popołudnia Najwyższy z Rady Potomków, zaproponował jej Lykanę (wilczy odpowiednik wampirzej Przemiany). Zgodziła się niemal od razu. Była gotowa porzucić o cztery lata starszego brata Greg’a i o dwa lata starszą siostrę Lisę, którzy bili ją niemal non stop oraz rodziców, którzy na to przyzwalali. Nie widziała wtedy innego rozwiązania. I w noc, kiedy ja przechodziłam Przemianę ona stała się Lykanem.
Rodzice wyrzucili ją z domu. Przyszła do mnie. Wyrzuciłam ją za próg i kazałam nigdy nie wracać… wykrzyczałam wtedy słowa, które tkwią w mojej głowię, aż do dziś: ,,Zdradziłaś mnie, Tiffany! Nienawidzę cię, nasza przyjaźń jest skończona!”.
Wkrótce potem Szlachetni (oczywiście wampiry…) zostali przyłapani na zabijaniu niedoskonałych wytworów ich rasy, czyli Odmieńców. Zbuntowali się oni i wywołali wojnę o równe prawa. Wilkołaki widząc, iż piękne miasto Falls tylko na tym traci, jednej nocy wtargnęli na teren wampirów, które i tak mocno dobite wojną, zebrały swoje manatki, po czym uciekły gdzie pieprz rośnie, tym samym na chwile zaprzestając wojnie między Szlachetnymi i Odmieńcami.
Szczerze to czasami pozazdrościłam wilkołakom tego, że u nich nie ma znaczenia, czy ktoś jest Szlachetnym, czy Odmieńcem. Od tamtego wydarzenia minął rok. Wojna się odnowiła, ale udało mi się pozyskać z Jasonem informacje, które mogły jej zaprzestać. I właśnie dlatego, potrzebowałam dostać się do Falls.
Reasumując, moje uczucia w stosunku do Lykanów: wolałam już przecierpieć głód niż żyć ze świadomością, że jeśli nie będę w stanie utrzymać swoich myśli w ryzach to o moich prywatnych przemyśleniach dowie się cała wataha (która w ty mieście stanowiła połowę ludności). Swoją drogą, jaki to musi być problem, jeśli jest się na randce z wilczkiem ze swojego stada? Palniesz coś głupiego na jego temat w myślach, a on cie wyśmieje słysząc to w swojej głowie…
            Nagle na twarzy Tiffany pojawił się uśmiech. Widząc jej minę, aż zadrgałam ze złości. W naszym kierunku zmierzała wielka, pełna sarkazmu bomba, która w możliwie najgorszym przypadku zamierzała wylecieć z ust mojej dawnej przyjaciółki.
-Możemy schronić się w moim domu. Nikt bez pozwolenia jego lokatorów nie może wtargnąć na jego teren. Ale jest jeden kłopot… czy na pewno nadążycie? Wiecie, będą nas goniły raczej Szlachetne wilkołaki i…
-Spokojna twoja rozczochrana- przerwałam jej.- Z naszą formą nie jest tak źle- szczerze to spodziewałam się większego pocisku ze strony Tiffany, jednak jak widać trochę ją przeceniłam. To jeszcze nie jej poziom…
            Dziewczyna w odpowiedzi, wzruszyła tylko ramionami. Gdy kilka metrów od nas, dostrzegłam błysk wilczych oczu, a zaraz potem dosłyszałam powarkiwanie, moje ciało przybrało naturalną pozycję obronną. Byłam gotowa zarówno do uniku, jak i ataku. Ciężar ciała przesunęłam lekko na prawą nogę, odsuniętą do tyłu oraz wyostrzyłam zmysły. To wszystko, w połączeniu, dawało możliwość natychmiastowego zareagowania.
-Biegnijcie za mną!- wykrzyknęła Tiffany, kiedy ciche warczenie ustało, a ona zwinnie uskoczyła przed wilkołakiem, który (o dziwo!) rzucił się na nią. Myślałam, że zaatakują najpierw nas…
            Widocznie ponownie się myliłam.
            Ruszyłam za swoją byłą przyjaciółką. Słyszałam za sobą ciche, jak na wampirów przystało, kroki Odmieńców, którzy wraz ze mną przetrwali napad na obóz. Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam beztrosko biegnącą Tiffany, która nawet nie musiała się przemieniać, żeby po chwili mnie przegonić. A to oznaczało jedynie, że jeśli się nie pospieszymy, zginiemy w bardzo, ale to bardzo nieprzyjemny sposób… Przyspieszyłam, a obraz wokół mnie zaczął się rozmazywać, tworząc jakby tęcze o większej ilości barw niż naturalna wersja. Skupiłam wzrok na Tiffany, która niezmiennie utrzymywała się na przedzie.
            Po kilku sekundach, zwinnym ruchem przeskoczyłam niski płotek i zatrzymałam się równie szybko, co wystartowałam. Rozejrzałam się podejrzliwie naokoło, z przeczuciem, że skądś znam to miejsce.
            Dom, który stał przed nami, był dwupiętrowy. Ciemne dachówki pokrywały dach, pasowały do błękitnych desek, poprzybijanych do zewnętrznych ścian budynku. Aby dotrzeć do drzwi wejściowych, trzeba było pokonać mały taras, na którym było ustawionych kilka krzeseł i stoliczek. Prawie całą posesje porastały rośliny.
-No, przyznam- burknęłam zniesmaczona.- Trochę tu pozmienialiście…
-Uczyniliśmy to miejsce przytulniejszym- odparła Tiffany, a na jej twarzy dostrzegłam wyraźne wahanie. Chyba chciała dodać coś jeszcze, ale po chwili dała sobie spokój.
            Raven Street 47- tego adresu nigdy nie zapomnę. To tu spędziłam całe swoje życie, tuż przed i zaraz po, wypadku rodziców. Powstrzymałam łzy napływające do oczu, na wspomnienie wszystkich chwil, które tu spędziłam. Dosłownie widziałam te sceny z mojego życia toczące się na tym podwórzu, jak i we wnętrzu domu (byłam pewna, że od kiedy Tiffany się tu wprowadziła nic już nie będzie wyglądać tak samo, pomijając kolor ścian). Przypominając sobie widok uśmiechniętej babci, coś boleśnie ścisnęło mnie w okolicach, od dawna niebijącego, serca. Starsza kobieta została stracona przez Szlachetnych podczas wojny, ale poza granicami miasta.
            Przełknęłam ślinę i ruszyłam przed siebie w stronę drzwi, czując, że pozostałe wampiry drepczą mi po piętach. Każdego przepełniał niepokój mimo, że ,,podobno” wilkołaki nie mają tu dostępu. Odruchowo odwróciłam głowę i spojrzałam w kierunku niskiego płotu. Przy jego granicach kręciło się kilka wilkołaków, o ciemnym odcieniu sierści. Na ich widok przez moje ciało przeszedł znajomy dreszcz. Moja wampirza strona miała ochotę rzucić się na te stworzenia z chęcią mordu…
O JA CIĘ KRĘCĘ! Zdając sobie sprawę, iż od momentu, kiedy przekroczyliśmy terytorium wilkołaków przestałam odczuwać wstręt do wilkołaczej części Tiffany... niemal upadłam na schodkach prowadzących na taras!
            Nagle poczułam jak uderzam o coś twardego. Przez chwile miałam wrażenie, że zderzyłam się ze ścianą, ale kiedy podniosłam wzrok zdałam sobie sprawę, jak bardzo się pomyliłam. Znowu…
            Przede mną stał wysoki, postawny chłopak, może o rok starszy ode mnie. Miał poczochrane, sięgające uszu, czarne, niemal w kolorze smoły, włosy. Patrzył na mnie przenikliwymi oczami, które miały zieloną barwę. Jak trawa, świeżo muśnięta poranną rosą…
-Matt- szepnęłam, rozpoznając w twarzy chłopaka te same rysy, co u tego gościa z przed roku, który odebrał mi przyjaciółkę i pozwolił by zamieniła się w wilkołaka.



Lexi

4 komentarze:

  1. w końcu się doczekałam :) Wow, ciekawa jestem jak losy dziewczyn dalej się potoczą. Spotkanie Matta? Hmm.. jestem ciekawa, czy Tiffany jest z nim hahah(a ja zawsze o jednym).
    Czekam zniecierpliwiona na kolejną część <3 :**
    http://zahipnotyzowanaja.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To co stanie się dalej jest jedną, wielką tajemnicą... :D dziękuje za komentarz i opinie <3 (ja nie mogę się doczekać kolejnej części zahipnotyzowanej :) )

      Usuń
    2. I jeszcze nominuję cię do: The Versatile Blogger :D Wszystkie informacje znajdziesz u mnie :) <3

      Usuń
    3. Dziękuje, to dla mnie duże wyróżnienie! : * <3

      Usuń