Ponownie, długo nie odwiedzałam tego bloga. I ponownie przepraszam. Nie wykręcę się nauką, bo przyznam szczerze, nie miałam jej, AŻ tak sporo. Dużo myślałam nad całym opowiadaniem. Pozmieniałam kilka wątków, więc gdy tylko poskładałam całą historie do kupy, zabrałam się do roboty. Mam nadzieję, że wam się spodoba : )
Rozdział 2
(Elizabeth Jenson)
Nigdy nie byłam wyrocznią, ale
teraz żyłam w przekonaniu, że czeka nas śmierć. Zdolność Tiffany do wplątywania
się w kłopoty, nigdy jakoś specjalnie mnie nie szokowała. Nie sam wilczycy
charakter powodował, że dziewczyna dostawała nagłe i mocne kopy od życia, a
raczej jej sposób bycia. ,,Nie uklęknę przed tobą posłusznie dopóki, ty nie
powiesz mi, że podlegasz moim rozkazom”- kiedy się przyjaźniłyśmy, tak właśnie
brzmiało jej główne motto życiowe (do dziś, nie do końca rozumiem o co w nim,
tak naprawdę chodzi…).
Od
naszego ostatniego spotkania Tiffany znacznie się zmieniła. Przede wszystkim
należy podkreślić, iż urosła kilkanaście centymetrów (była najniższa w klasie,
przez co nadano jej tytuł ,,kurdupla”, którego zawzięcie broniłam…) i teraz
była równa ze mną, a może nawet o centymetr wyższa. Jej białe włosy (tak,
białe… skutki przemiany w wilkołaka…) błyszczały w blasku Księżyca, związane w
warkocz, który (o dziwo!) sięgał, aż jej kolan. Piwne oczy były rozszerzone
szeroko, ze strachu, choć błyskały w nich też iskry złości. Jej skóra była
lekko opalona, ale nie na tyle, bym mogła stwierdzić, że zaklinowała się w
solarium. Od początku wydawała się siedzieć we własnym świecie i głęboko nad
czymś myśleć. W czasie drogi nawet uraczyła nas kilkoma wrednymi tekstami,
którymi byłam wprost zachwycona. Zawsze jej powtarzałam, że powinna trochę
wyostrzyć swój język.
Ale
teraz, gdy dobre pół miasta wiedziała o naszej obecności tutaj, byłam wściekła.
To wszystko wina tej cholernej wilczej telepatii! Nie mam pojęcia co takiego
się stało, iż Tiffany straciła kontrole nad umysłem, ale byłam pewna tego, że o
przemycie nas do Falls wiedziało już (co najmniej) pół watahy.
Gdzieś
niedaleko rozległo się wycie wilka, a ja zaczęłam się wiercić jakbym miała
owsiki w dupie.
-Musimy biec, schować się
gdzieś!- wrzasnęłam, rozglądając się naokoło.
Gorączkowo
przyglądałam się Tiffany. Po ciele dziewczyny przechodziły dreszcze, a mnie
oblał zimny pot. Właśnie dlatego, w życiu nie chciałabym stać się tym
futrzakiem.
Moją głowę
wypełniły wspomnienia… Miesiąc przed naszą Przemianą w obrzeżach miasta
osiedliły się wilkołaki. Nie sprawiały problemu, więc wampiry pozwoliły im tam
tymczasowo zamieszkać. I od tamtego momentu Tiffany zaczęła zachowywać się
dziwnie… znikała gdzieś na długo, nie miała czasu na to, żeby się ze mną
spotkać. Był to również okres, kiedy często się kłóciłyśmy. Na dodatek, o byle
co… W dzień Przemiany Tiffany nie pojawiła się w Ratuszu Miejskim- miejscu,
gdzie odbywał się ten proces. Najsilniejszy wampir z rodziny (w moim wypadku
była to babcia) wstrzykiwał jad do ciała przechodzącego Przemianę. Nie powiem,
żeby to było przyjemne. Większość kończyła na podłodze, tracąc przytomność. Ja
z moim bratem, Jasonem, jako jedni z nielicznych utrzymaliśmy się na nogach,
jedynie krzycząc z bólu. Równo o północy, moje serce przestało bić, a ja wciąż
żyłam. Wszyscy przeszli Przemianę… tylko nie Tiffany. Pamiętam jak wyszłam z
budynku… silniejsza, szybsza, bardziej wytrzymała… i wściekła. Gdy tylko
przekroczyłam próg domu, moim oczom ukazała się zapłakana przyjaciółka.
Pamiętam ten
moment, jakby to było dziś, kiedy o mały włos nie rzuciłam się na nią z chęcią
mordu. Ale nie dlatego, iż byłam wściekła jak mało kto, tylko, ponieważ moja
była przyjaciółka dziwnie pachniała… dosłownie. Czułam woń wilka, która
niesamowicie drażniła moje śluzówki. A ona rzuciła mi wtedy spojrzenie pełne
odrazy… i powiedziała wszystko. Od samego początku. Jak poznała Matta w
sklepie. O tym, jak on zaprowadził ją po raz pierwszy do ICH siedliska.
Wyraziła słowami uczucia, jakie poczuła na widok watahy. Powiedziała, że miała
wrażenie, iż w końcu znalazła rodzinę. Przychodziła tam codziennie, aż pewnego
popołudnia Najwyższy z Rady Potomków, zaproponował jej Lykanę (wilczy
odpowiednik wampirzej Przemiany). Zgodziła się niemal od razu. Była gotowa
porzucić o cztery lata starszego brata Greg’a i o dwa lata starszą siostrę
Lisę, którzy bili ją niemal non stop oraz rodziców, którzy na to przyzwalali.
Nie widziała wtedy innego rozwiązania. I w noc, kiedy ja przechodziłam
Przemianę ona stała się Lykanem.
Rodzice
wyrzucili ją z domu. Przyszła do mnie. Wyrzuciłam ją za próg i kazałam nigdy
nie wracać… wykrzyczałam wtedy słowa, które tkwią w mojej głowię, aż do dziś:
,,Zdradziłaś mnie, Tiffany! Nienawidzę cię, nasza przyjaźń jest skończona!”.
Wkrótce potem
Szlachetni (oczywiście wampiry…) zostali przyłapani na zabijaniu niedoskonałych
wytworów ich rasy, czyli Odmieńców. Zbuntowali się oni i wywołali wojnę o równe
prawa. Wilkołaki widząc, iż piękne miasto Falls tylko na tym traci, jednej nocy
wtargnęli na teren wampirów, które i tak mocno dobite wojną, zebrały swoje
manatki, po czym uciekły gdzie pieprz rośnie, tym samym na chwile zaprzestając
wojnie między Szlachetnymi i Odmieńcami.
Szczerze to
czasami pozazdrościłam wilkołakom tego, że u nich nie ma znaczenia, czy ktoś
jest Szlachetnym, czy Odmieńcem. Od tamtego wydarzenia minął rok. Wojna się
odnowiła, ale udało mi się pozyskać z Jasonem informacje, które mogły jej
zaprzestać. I właśnie dlatego, potrzebowałam dostać się do Falls.
Reasumując,
moje uczucia w stosunku do Lykanów: wolałam już przecierpieć głód niż żyć ze
świadomością, że jeśli nie będę w stanie utrzymać swoich myśli w ryzach to o
moich prywatnych przemyśleniach dowie się cała wataha (która w ty mieście
stanowiła połowę ludności). Swoją drogą, jaki to musi być problem, jeśli jest
się na randce z wilczkiem ze swojego stada? Palniesz coś głupiego na jego temat
w myślach, a on cie wyśmieje słysząc to w swojej głowie…
Nagle
na twarzy Tiffany pojawił się uśmiech. Widząc jej minę, aż zadrgałam ze złości.
W naszym kierunku zmierzała wielka, pełna sarkazmu bomba, która w możliwie
najgorszym przypadku zamierzała wylecieć z ust mojej dawnej przyjaciółki.
-Możemy schronić się w moim domu.
Nikt bez pozwolenia jego lokatorów nie może wtargnąć na jego teren. Ale jest
jeden kłopot… czy na pewno nadążycie? Wiecie, będą nas goniły raczej Szlachetne
wilkołaki i…
-Spokojna twoja rozczochrana-
przerwałam jej.- Z naszą formą nie jest tak źle- szczerze to spodziewałam się
większego pocisku ze strony Tiffany, jednak jak widać trochę ją przeceniłam. To
jeszcze nie jej poziom…
Dziewczyna
w odpowiedzi, wzruszyła tylko ramionami. Gdy kilka metrów od nas, dostrzegłam
błysk wilczych oczu, a zaraz potem dosłyszałam powarkiwanie, moje ciało
przybrało naturalną pozycję obronną. Byłam gotowa zarówno do uniku, jak i
ataku. Ciężar ciała przesunęłam lekko na prawą nogę, odsuniętą do tyłu oraz wyostrzyłam
zmysły. To wszystko, w połączeniu, dawało możliwość natychmiastowego
zareagowania.
-Biegnijcie za mną!- wykrzyknęła
Tiffany, kiedy ciche warczenie ustało, a ona zwinnie uskoczyła przed
wilkołakiem, który (o dziwo!) rzucił się na nią. Myślałam, że zaatakują
najpierw nas…
Widocznie
ponownie się myliłam.
Ruszyłam
za swoją byłą przyjaciółką. Słyszałam za sobą ciche, jak na wampirów przystało,
kroki Odmieńców, którzy wraz ze mną przetrwali napad na obóz. Obejrzałam się
przez ramię i zobaczyłam beztrosko biegnącą Tiffany, która nawet nie musiała
się przemieniać, żeby po chwili mnie przegonić. A to oznaczało jedynie, że
jeśli się nie pospieszymy, zginiemy w bardzo, ale to bardzo nieprzyjemny
sposób… Przyspieszyłam, a obraz wokół mnie zaczął się rozmazywać, tworząc jakby
tęcze o większej ilości barw niż naturalna wersja. Skupiłam wzrok na Tiffany,
która niezmiennie utrzymywała się na przedzie.
Po
kilku sekundach, zwinnym ruchem przeskoczyłam niski płotek i zatrzymałam się
równie szybko, co wystartowałam. Rozejrzałam się podejrzliwie naokoło, z
przeczuciem, że skądś znam to miejsce.
Dom,
który stał przed nami, był dwupiętrowy. Ciemne dachówki pokrywały dach,
pasowały do błękitnych desek, poprzybijanych do zewnętrznych ścian budynku. Aby
dotrzeć do drzwi wejściowych, trzeba było pokonać mały taras, na którym było
ustawionych kilka krzeseł i stoliczek. Prawie całą posesje porastały rośliny.
-No, przyznam- burknęłam
zniesmaczona.- Trochę tu pozmienialiście…
-Uczyniliśmy to miejsce
przytulniejszym- odparła Tiffany, a na jej twarzy dostrzegłam wyraźne wahanie.
Chyba chciała dodać coś jeszcze, ale po chwili dała sobie spokój.
Raven
Street 47- tego adresu nigdy nie zapomnę. To tu spędziłam całe swoje życie, tuż
przed i zaraz po, wypadku rodziców. Powstrzymałam łzy napływające do oczu, na
wspomnienie wszystkich chwil, które tu spędziłam. Dosłownie widziałam te sceny
z mojego życia toczące się na tym podwórzu, jak i we wnętrzu domu (byłam pewna,
że od kiedy Tiffany się tu wprowadziła nic już nie będzie wyglądać tak samo,
pomijając kolor ścian). Przypominając sobie widok uśmiechniętej babci, coś
boleśnie ścisnęło mnie w okolicach, od dawna niebijącego, serca. Starsza
kobieta została stracona przez Szlachetnych podczas wojny, ale poza granicami
miasta.
Przełknęłam
ślinę i ruszyłam przed siebie w stronę drzwi, czując, że pozostałe wampiry
drepczą mi po piętach. Każdego przepełniał niepokój mimo, że ,,podobno”
wilkołaki nie mają tu dostępu. Odruchowo odwróciłam głowę i spojrzałam w
kierunku niskiego płotu. Przy jego granicach kręciło się kilka wilkołaków, o ciemnym
odcieniu sierści. Na ich widok przez moje ciało przeszedł znajomy dreszcz. Moja
wampirza strona miała ochotę rzucić się na te stworzenia z chęcią mordu…
O JA CIĘ
KRĘCĘ! Zdając sobie sprawę, iż od momentu, kiedy przekroczyliśmy terytorium
wilkołaków przestałam odczuwać wstręt do wilkołaczej części Tiffany... niemal
upadłam na schodkach prowadzących na taras!
Nagle
poczułam jak uderzam o coś twardego. Przez chwile miałam wrażenie, że zderzyłam
się ze ścianą, ale kiedy podniosłam wzrok zdałam sobie sprawę, jak bardzo się
pomyliłam. Znowu…
Przede
mną stał wysoki, postawny chłopak, może o rok starszy ode mnie. Miał
poczochrane, sięgające uszu, czarne, niemal w kolorze smoły, włosy. Patrzył na
mnie przenikliwymi oczami, które miały zieloną barwę. Jak trawa, świeżo
muśnięta poranną rosą…
-Matt- szepnęłam, rozpoznając w
twarzy chłopaka te same rysy, co u tego gościa z przed roku, który odebrał mi
przyjaciółkę i pozwolił by zamieniła się w wilkołaka.
Lexi